Parafia Rzymskokatolicka pw. Świętego Łukasza Ewangelisty w Poznaniu
137238

Wywiad z Księdzem Krzysztofem

Ksiądz Krzysztof Szymendera
W tym roku, 5 lutego, mijają 3 lata od dnia, w którym ukazał się pierwszy numer „Ewangelisty”. Wiemy, że to od Księdza się zaczęło… Skąd pomysł utworzenia naszej parafialnej gazetki?
Pomysł nie był nowy, ponieważ w poprzedniej parafii gdzie pracowałem, czyli na Nowinie, brałem udział w takim projekcie i pomagałem mojemu koledze w prowadzeniu gazetki. Wtedy on był głównym motorem powstania gazetki, a ja się przyłączyłem i pomagałem. Dlatego kiedy zobaczyłem, że zgromadziła się taka grupa młodych ludzi chętnych i chcących coś robić pomyślałem, że może to jest jakiś pomysł, no i tak powstał ten projekt.
Czym tamta gazetka różniła się od naszego „Ewangelisty”?
Przede wszystkim tamta gazetka była troszkę bardziej pojemna -12 stron. Z tego co wiem już mają 8, trochę spasowali, ale wtedy też zaczynaliśmy od 8 stron, a potem było 12. Różniła się pewnie tym, że mój kolega, który to prowadził, był po studiach dziennikarskich, dlatego był bardziej przygotowany do czegoś takiego. Nasza gazetka pewnie była taka bardziej amatorska, aczkolwiek myślę, że jednak dużo profesjonalizmu było w to włożone przez wszystkich. Tamta redakcja z czasem też liczyła więcej ludzi, ale duch był podobny: wspólna praca i ta wspólna radość którą dawała.
Jak wspomina Ksiądz naszą parafię?
Ha, ha, ha, ha….. mam to powiedzieć w kilku słowach tak? To są pytania, których się generalnie nie lubi, ponieważ jest tyle różnych wspomnień, że trzeba by było całą gazetkę temu poświęcić, i to nie ośmiostronicową. Wspominam bardzo ciepło oczywiście i z wielkim sentymentem, i cały czas jeszcze we mnie siedzi parafia na Rusa. Można by tutaj mówić o konkretnych ludziach, począwszy od obu proboszczów, których miałem okazję poznać. Młodzież, tutaj szczególnie ci, którzy ze mną współpracowali. To są 4 lata i 4 miesiące pięknej pracy. Współpracy z ludźmi, poznawania ludzi, spowiedzi, katechezy, kazań, kolędy. Różne spotkania takie wokół kościoła, gdzieś tam przy okazji. Tego się nie da tak zamknąć w kilku zdaniach. Powiem po prostu: było cudownie, tyle mogę w tej chwili powiedzieć i cieszę się, że mogłem tu być.
Co było dla Księdza największą radością w parafii na Rusa?
Myślę, że to co zawsze, czyli spotkania z ludźmi. To mi daje najwięcej siły. Spotkania z ludźmi we wszelkich naprawdę miejscach. Trudno tak powiedzieć, bo na pewno dużą satysfakcję dała gazetka. Wielką satysfakcję dał też chórek dziecięcy, który prowadziłem przez te lata, ale były również takie spotkania szczególne, rozmowy, spowiedzi, po których gdzieś tam czułem, że ktoś odszedł pocieszony, uradowany. Kazania, które wydawało mi się, że bardziej może dotarły do kogoś albo też do mnie. Generalnie wszelkie spotkania z ludźmi to jest ta radość i świadomość, że można było komuś pomóc, komuś towarzyszyć, że brało się udział w czymś ważnym.
Dlaczego kapłaństwo? Wiemy, że to powołanie, ale co wpłynęło na to, że Ksiądz podjął się takiego wyzwania?
Ja myślałem, że takich pytań już nie będzie. Ja jestem już księdzem z doświadczeniem prawie 12-letnim, hmm… a dlaczego kapłaństwo? Myślę, że do końca się tego nie wie. Przy wyborze drogi życiowej człowiek kieruje się różnymi kryteriami. Po pierwsze zawsze marzyłem o rodzinie i to licznej rodzinie. A kapłaństwo…? To się pojawiło w pewnym momencie, pewnie przez moją bytność w Oazie. Sam jako uczestnik w mojej rodzinnej parafii zacząłem chodzić na spotkania, potem jeździć na rekolekcje i zaczęły się też pojawiać refleksje nad tajemnicą kapłaństwa widzianą z bliska – już tak bezpośrednio rozmowy z księżmi. Myślę, że Pan Bóg gdzieś tam wybrał odpowiedni moment, kiedy Sam uświadomił mi, że ja też mogę się do tego nadawać, że to będzie sprawiać mi radość, że to jest ta droga. To trwało - myślę, że latami, powoli, bez jakiś większych fajerwerków. Gdzieś tam pamiętam, że uświadomiłem sobie na jakiś rekolekcjach, że to jest To. To jest moja droga i pamiętam, że wtedy poczułem taką autentyczną radość, świadomość, że wiem, co chcę robić. A potem już człowiek się w tym po prostu utwierdzał dalej. Mogę powiedzieć jedno, że gdybym miał wybierać po raz drugi, to wybrałbym to samo.
Os. Piastowskie to już czwarta Księdza parafia na kapłańskiej drodze…
Pierwsza była Mosina - 2 lata, bardzo krótkie i szybkie. Wydawało się w ogóle, że przeleciały piorunem. Też było wiele ciekawych wspomnień, ale one już się zacierają. Potem 5 lat na Ogrodach, to już poważniejsza sprawa. To się czuje już wtedy, że człowiek trochę wsiąkł w to środowisko, w tych ludzi. Do dzisiaj spotykam jeszcze wielu ludzi, tym bardziej, że uczę tam nadal w szkole . Spotykam się z sympatią, wielkim przyjęciem i radością oczywiście. No i ponad 4 lata na Rusa, a teraz Piastowskie.
Jakie ma Ksiądz wspomnienia związane z pracą w szpitalu, bo to szczególny rodzaj posługi duszpasterskiej? Czego Ksiądz nauczył się od dzieci?
No właśnie, to był szpital dziecięcy, więc szczególna posługa. Przede wszystkim ogromne doświadczenie cierpienia. Człowiek myśli nieraz, że jest mu w życiu bardzo ciężko, ale wystarczyło wejść do szpitala i pobyć tam parę godzin. Wracało się z taką myślą, że cóż ja mam za problemy, tam są dopiero tragedie ludzkie, dramaty, tam wszystko zmienia się i człowiek nabiera poczucia wartości życia i zdrowia. Świadomość tego, że człowiek jest bezsilny, że tak naprawdę żadne mądrości, żadne słowa wtedy nie pomagają. Jedyne, co można zrobić, to tak naprawdę towarzyszyć tym ludziom, być i słuchać ich problemów, nieraz, jak to mówią, płakać z płaczącymi, cieszyć się z tego, że dzieci zdrowieją, być z tymi, którzy opłakują zmarłych. Przede wszystkim wielka cierpliwość wobec tych ludzi, podziw dla ich determinacji, nieraz walki o każdy dzień, każdą chwilę życia. Też trudne rozmowy i taka świadomość tego, że tak naprawdę bez Pana Boga człowiek jest nikim. Nikt z nas nie jest w stanie komuś życia przedłużyć, dać zdrowia. Po prostu możemy być, towarzyszyć, modlić się. Ale też dużo radości, dzieci są takie mądre w tym cierpieniu. Często czują co je czeka, więc uczą nas tego, że nie mamy się martwić, że tam, gdzie idą, będzie lepiej i tak naprawdę to my zostajemy z tym bólem i troską, a one idą w lepszy świat. To jest wielka katecheza dla rodziców, dla lekarzy, dla księdza, dla wszystkich.
To jest największą radością dla kapłana podczas pracy duszpasterskiej?
Myślę, że to już padło wcześniej: możliwość spotkania z ludźmi, towarzyszenia im. Świadomość tego, że rzeczywiście ktoś może uwierzyć, że Bóg istnieje. Radości są różne: jest to radość, kiedy można kogoś wyspowiadać po latach, kiedy można z kimś porozmawiać na katechezie, nawet się pokłócić i poszukać wspólnych rozwiązań pewnych problemów. Czasami ta radość przychodzi gdzieś tam niespodziewanie, kiedy ktoś na przykład podziękuje za obecność, za posługę. Człowiek się tego zupełnie nie spodziewa i nawet nie wie, że jego słowa miały jakiś skutek, że coś komuś przyniosły. Różne są naprawdę te radości i nieporównywalne. Jednak przede wszystkim chyba ta świadomość, że rzeczywiście człowiek taki mizerny, ze swoimi sprawami, grzechami, nieraz może dużo dobra zrobić. Pan Bóg pozwala, żeby to dobro się działo przez nasze ręce. To jest chyba najpiękniejsze.
W naszej parafii założył Ksiądz i prowadził chórek dziecięcy. Dzieci za Księdzem przepadają… Skąd ta łatwość nawiązywania kontaktu z najmłodszymi?
Nie wiem, ja myślę, że jestem otwartym człowiekiem i staram się z każdym porozmawiać. Zawsze lubiłem dzieci i jakoś tak staram się być wobec nich naturalny. Nie wiem skąd, trzeba spytać dzieci.
Także podczas wizyt u osób chorych i starszych Ksiądz zawsze potrafił z nimi znaleźć wspólny język. Jaką ma Ksiądz receptę, by trafić do ludzi w każdym wieku?
Nie wiem, czy jest jakaś recepta. Idąc do kapłaństwa to, na co się zwraca uwagę przede wszystkim, to jest taka formacja najpierw ludzka: czy człowiek jest w ogóle człowiekiem, czy umie rozmawiać i słuchać. Myślę, że to jest recepta też dla wszystkich, nie tylko dla kapłanów. Zadanie nasze słuchać siebie, umieć słuchać i to jest chyba jedna z najtrudniejszych umiejętności, która jest potrzebna i kapłanowi. Wiadomo: czy to ludzie starsi czy młodsi, czy to młodzież czy to dzieci, czy to będzie spowiedź czy taka rozmowa o życiu, o problemach, czy na kolędzie, gdziekolwiek, ale taka rozmowa jest potrzebna wszystkim, małżonkom, narzeczonym, ludziom, którzy uważają się za przyjaciół, znajomych, kolegów. Wszyscy potrzebujemy tej umiejętności słuchania i cierpliwości. Nie wiem, myślę, że może trochę charakter, jakieś doświadczenie, to wiele rzeczy się nakłada. Ale myślę też, że Łaska Boża w jakiś sposób pozwala człowiekowi właśnie być, towarzyszyć, być obecnym w tym życiu.
Skąd Ksiądz czerpie siły do dawania siebie innym, chociażby przez uśmiech czy w biegu rzucane ciepłe słowo, których nie zapomnimy?
Powiem szczerze, że to nie jest takie proste, bo czasami człowiek nie ma siły. Ja nawet nie wiem, powiem szczerze, jak jestem odbierany, jak reaguję. Być może są to takie reakcje bardzo spontaniczne. To było zawsze moje pragnienie, by być z ludźmi, by towarzyszyć im. To jest takie moje motto kapłańskie wewnętrzne, żeby być. Po to szedłem do seminarium. Skąd czerpię siły? Siłą jest Chrystus, może to brzmi tak pompatycznie, ale im jestem starszy, tym bardziej się przekonuję. Czasami człowiek już jest zmęczony, nie ma humoru, nie chce mu się. Nieraz po trudnym dniu, gdzieś tam po trudnych rozmowach, katechezie, kazaniach czy kolędzie marzy tylko o jednym tak naprawdę: żeby odpocząć, żeby wszyscy dali święty spokój, żeby pójść spać. Okazuje się, że kapłan nie może mieć tego świętego spokoju, zawsze może być ktoś, kto potrzebuje pomocy. Wtedy człowiek się mobilizuje: nie wie, jaki będzie tego skutek, nie wie, do czego to doprowadzi, ale jest jakaś wewnętrzna mobilizacja. Myślę, że tutaj Pan Jezus też nas jakoś prostuje i nawet jak my w siebie nie wierzymy, to On tej wiary dodaje i tej ufności, że będzie dobrze, że to spotkanie jest potrzebne.
Może taką receptą jest ładowanie akumulatorów na modlitwie, której jednak nigdy Ksiądz nie przeciwstawiał twardemu stąpaniu po ziemi i poznawaniu rzeczywistości współczesnego świata?
Pan Jezus też stąpał po świecie i ocierał się o te realia świata. Myślę, że tu trzeba wziąć pod uwagę, że modlitwa jest siłą największą dla kapłana. Kapłan, który przestaje się modlić przestanie być kapłanem w pewnym momencie, bo przestaje wierzyć po prostu w Pana Boga. Tak jak człowiek, który przestaje się modlić przestaje być wierzący. Oczywiście to jest ważne, że żyjemy wśród ludzi, wśród problemów, każdy z nas przyszedł na świat w rodzinie, dlatego to jest ważne, żeby mieć świadomość tego, że żyjemy dla ludzi, że żyjemy wśród ludzi z ich problemami i czasami musimy na te pytania odpowiadać. Trzeba żyć w tym świecie, w tych realiach, trzeba poznać ten świat normalnie. Wiadomo, że nie można wszystkiego tłumaczyć Łaską Bożą, ale trzeba też szare komórki uruchomić i też człowiekowi uświadomić, że oprócz tego, że ma się modlić, ma jeszcze pracować, ma się uczyć, ma myśleć. Pan Bóg dał nam wszystkim rozum, dał nam możliwość działania i dlatego mówi: módl się i pracuj. To połączenie pracy z modlitwą jest czymś normalnym. Myślę, że każdy powinien to w jakiś sposób też dla siebie przyjąć, że i modlitwa, i praca jest częścią naszego życia i nie można tego oddzielić ani odseparować, nie można czegoś traktować lepiej albo gorzej. Taka równowaga życiowa jest potrzebna i w modlitwie, i w pracy, we wszystkim.
Przez lata pobytu w parafii uczył nas Ksiądz podczas kazań, by Boga i miłość stawiać na pierwszym miejscu; co jeszcze jest w życiu Księdza bardzo ważne?
Myślę, że oprócz tego wszystkiego, co tu zostało powiedziane: Bóg i miłość, to można by było zamknąć tym wszystkim, bo Bóg jest miłością, jest wszystkim tak naprawdę. Myślę, że ważna też jest przede wszystkim nadzieja, która człowiekowi towarzyszy. Umiejętność przeczekania pewnych trudnych sytuacji. Sam tego doświadczyłem wielokrotnie, że zdarzały się sytuacje, które były ponad miarę, tak się wydawało, najgorzej wtedy wpaść w panikę, bo wtedy można zrobić coś głupiego. Po prostu pewne rzeczy trzeba przeczekać i zobaczyć, jak Pan Bóg to poprowadzi. Oczywiście modlić się o to, aby Pan Bóg rozwiązał to jak najlepiej, ale też nie przeszkadzać Panu Bogu, nie podejmować pochopnych decyzji. To jest ta szkoła wielkiej cierpliwości, tego zaufania do Pana Boga. Co jeszcze? To właśnie to bycie człowiekiem, umiejętność współczucia, nie wiem czy to potrafię, ale wiem, że to jest bardzo potrzebne, współodczuwanie. Człowiek, który przychodzi do spowiedzi, do biura parafialnego, to nie jest tylko petent tak jak w sklepie, który bierze, kupuje jakąś usługę - on szuka człowieka, szuka kogoś, kto go posłucha, zrozumie, kto będzie z nim przez jakąś chwilę i mu pokaże, że jest z nim i jest dla niego.
Jakie są Księdza marzenia?
Powiem szczerze, że to jest pytanie, które mi zawsze sprawia kłopot. Wydaje mi się, że wszystko mam. Mam ludzi, których kocham, mam pracę, którą kocham, która jest dla mnie czymś wyjątkowym. Gdzieś tam tym marzeniem moim jest to, żeby być jeszcze lepszym, coraz bardziej Boga poznawać, coraz bardziej Mu ufać, bo widzę, że z tym jest różnie. To jest takie marzenie może górnolotne, no ale gdzieś tam dochodzi do człowieka i myślę, że człowiek wierzący, kapłan czy świecki, gdzieś tam w swoim życiu odkrywa właśnie tę chęć przyjaźni Pana Boga, pragnienie bycia z Nim zawsze. A z takich marzeń codziennych to, powiem szczerze, wszystko mam, nic nie potrzebuję, nie mam wygórowanych jakiś wymagań. Ostatnim moim pragnieniem jest, żeby się porządnie wyspać, ale myślę, że to wielu z nas ma i to jest takie prozaiczne.
Czy ma Ksiądz jakieś życiowe pasje, na przykład czytanie książek, a może rozwijanie duszy artystycznej?
Przede wszystkim książki zawsze były ze mną i, jak to mówią, słowo drukowane nigdy nie szkodziło. Jest to moja wielka radość. Czytam wiele różnych rzeczy na różne tematy. Oczywiście muzyka, której namiętnie słucham. Poza tym takich typowych zainteresowań to pewnie nie mam, może trochę od czasu do czasu lubię spacerować, jeżeli mogę sobie na to pozwolić. Ostatnio niestety nie. Sportów ekstremalnych nie uprawiam, nie mam na to zbyt wiele możliwości ani energii. Sport ogranicza się do roweru, ewentualnie pływania. Oczywiście moją pasją są moje dwa koty, które teraz mieszkają u mnie.
Słowo o Kubusiu Puchatku? Niektórzy wiedzą pewnie, że to Księdza ulubiony bohater…
Chociaż muszę powiedzieć, że moja przyjaźń z Kubusiem zaczęła się dosyć późno, bo byłem w szkole średniej, kiedy po raz pierwszy chwyciłem tę książkę. Przypadła mi wtedy bardzo do gustu, nawet do tego stopnia, że nauczyłem się kilku opowiadań wręcz na pamięć i przy różnych okazjach cytowałem je i opowiadałem. Stąd gdzieś przylgnął do mnie ten Kubuś Puchatek i w różnych środowiskach pod tym imieniem byłem znany. Teraz już mniej tego Kubusiowania Puchatkowania w moim życiu, ale oczywiście nie straciłem sympatii do tej postaci, może dlatego, że ma wiele cech, które cenię i lubię. Nie wiem, niech to już pozostanie zagadką.
Czy zadomowił się już Ksiądz w nowej parafii?
Tak; nie chciałbym żeby to zabrzmiało, że szybko zapomniałem o parafii na Rusa, ale w moim życiu, w życiu kapłańskim jest to niestety pewna umiejętność, która jest bardzo potrzebna, żeby umieć przejść w nowe środowisko, ponieważ tego wymaga sytuacja. Rzeczywiście mam tę cechę, która mi pozwala właśnie to zrobić, myślę, że to też pomaga potem prowadzić normalną pracę duszpasterska. Tym bardziej, że moja przeprowadzka była taka nagła i to przed świętami, teraz jest czas kolędowy. Powiem szczerze - nie ma za bardzo czasu na sentymenty, na to, żeby rozpaczać, biadolić, trzeba się zaangażować. Tym bardziej, że jak to ktoś kiedyś powiedział, ksiądz jest przypisany do diecezji i jest z diecezją związany całe życie, a nie z konkretną parafią. Trzeba to też traktować w duchu posłuszeństwa. Myślę, że dzięki mojej łatwości będę mógł lepiej pracować dla Kościoła i dla ludzi.
Co chciałby powiedzieć Ksiądz parafianom z osiedla Rusa? Wielu z nich podczas naszego rozdawania gazetek o Księdza wypytuje i mówi, że tęskni.
Też tęsknię, oczywiście jak najbardziej. Po latach człowiek wie, gdzie kto siedzi w kościele, już tak się dobrze czuje. Powiem szczerze, to właśnie było najtrudniejsze: odnaleźć się w nowym kościele. Na Rusa człowiek wychodził do mszy świętej i widział znajome twarze uśmiechnięte, zamyślone, czasami rozmodlone. Co mam powiedzieć, powiem krótko: że bardzo Was wszystkich serdecznie pozdrawiam i ściskam mocno każdego, i że jestem z Wami myślami i modlitwą. Myślę, że gdzieś ten duch, to wszystko co się działo dobrego między nami, to będzie trwać. Jeżeli działo się jakieś dobro, to ono kiedyś przyniesie jakieś owoce, mam taką nadzieję. Cieszę się, że mogłem być uczestnikiem chociaż po części Waszego życia i tych wszystkich spraw, które ludzie powierzali mi przy spowiedzi czy przy innych rozmowach. Myślę, że to jest piękne, że Bóg pozwolił nam się spotkać w takich okolicznościach. Warto żebyśmy to wszyscy cenili. Ja bardzo sobie cenię te spotkania, te rozmowy, życzliwość, sympatię, to wszystko co mnie spotkało.
© 2011 - 2017