Parafia Rzymskokatolicka pw. Świętego Łukasza Ewangelisty w Poznaniu
244242

Wywiad z Księdzem Janem Twardym

Wywiad z Księdzem Proboszczem Janem Twardym, 9 lutego 2006
O wierze, kapłaństwie i życiu rozmawiała Anna Pankowska

Podejrzewam, że już znam odpowiedz na pierwsze pytanie – czy Ksiądz w ogóle lubi opowiadać o sobie, wspominać?
O nie, nie lubię (śmiech).
Spróbuję jednak nakłonić Księdza do wspomnień. Zacznijmy może od tych najdawniejszych – jak wspomina Ksiądz swoje dzieciństwo?
Urodziłem się w ostatnim roku wojny, w Rawiczu, na południu Wielkopolski. Mój ojciec urodził się w Dortmundzie, jako że dziadek był emigrantem – jak to w tamtych latach bywało, po pierwszej wojnie światowej wyjechał do Niemiec, pracował jako górnik. Mam dwie młodsze siostry. Do 1959 roku mieszkaliśmy w Rawiczu, tam rozpocząłem liceum. Potem przeprowadziliśmy się z uwagi na zmianę pracy ojca do Odolanowa, za Ostrowem. Ojciec był kolejarzem, zajmował się trakcją kolejową między Ostrowem a Oleśnicą. Mama nie pracowała przez długi czas. Chodziłem do dwóch szkół jednocześnie – do południa do liceum, po południu do szkoły muzycznej. Maturę zdałem w 1963 roku i po maturze wstąpiłem do seminarium w Poznaniu.
Jak to się stało, że wybrał Ksiądz taką drogę życia?
Gdyby mnie ktoś zapytał w maturalnej klasie, około stycznia-lutego, kim będę w życiu, to pewnie bym mu odpowiedział zupełnie inaczej, aniżeli to się ma dziś.
O, to znaczy?
Pociągała mnie wtedy, jak zresztą wielu moich rówieśników, chemia. To był taki okres, kiedy w Polsce dość gwałtownie rozwijał się przemysł chemiczny. Jednak w lutym zaczęły się krystalizować plany związane z seminarium. To nie jest tak, że ktoś wyrasta od małego w przekonaniu, że będzie księdzem. Czasem, tak jak w moim przypadku, myśl ta dopada nagle. I oczywiście było to zaskoczeniem dla wszystkich, szczególnie dla moich rodziców. Nie powiedziałem im od razu – miałem wątpliwości przez długi czas. Za namową mojego ojca zdawałem także egzamin na chemię. Ojciec nie był przeciwny moim planom, ale był przekonany, że jeszcze zmienię zdanie. Jednak po zdaniu egzaminu na Politechnikę Wrocławską, podjąłem decyzję, że wybieram seminarium. A były to czasy, kiedy nie można było mówić oficjalnie, że ktoś się wybiera do seminarium.
Miał Ksiądz jakieś nieprzyjemności z tego powodu?
Nie, nie miałem, tym bardziej że nikt nie wiedział, że idę do seminarium, poza rodzicami i katechetą. Seminaria były traktowane przez ówczesne władze jako szkoły prywatne, nie chciano im nadać statusu uczelni wyższej. Były to czasy największej walki z Kościołem. Ja mniej to odczułem, zabrano mi jedynie wszystkie udogodnienia, które mieli moi koledzy ze zwykłych uczelni. Ale prawie połowa kolegów z mojego roku trafiła do wojska na dwa lata; właściwie wrócili wszyscy.
I nie miał Ksiądz wątpliwości, czy wybrał właściwie?
Oczywiście, w tamtym okresie ma się wątpliwości; to jak z wiarą człowieka – nie ma ludzi wierzących, którzy nie mieliby jakichś wątpliwości. W okresie seminaryjnym przez te 6 lat dwa razy w roku są rekolekcje zamknięte, to znaczy takie, kiedy człowiek zupełnie wyłącza się ze wspólnoty. Obowiązuje zakaz rozmów, i służy to m.in. temu, aby pozostać samemu ze sobą; to zmusza do zastanowienia, czy wybrało się na pewno właściwą drogę.
Całe swoje życie spędził Ksiądz w Wielkopolsce?
Tak, pierwsza moja parafia była w Owińskach. Była to wtedy duża parafia, a praca była dość trudna - uczyliśmy w Owińskach, w Bolechowie i w Promnicach; a były to inne czasy – jak ktoś miał rower to już było dobrze. Ja byłem w tej szczęśliwej sytuacji, że miałem motocykl i, jeśli temperatura nie spadła poniżej –10 stopni, to można było jechać. Nie było takich ubiorów jak teraz, więc wkładało się gazety za kurtkę, żeby można było te 6-7 km przejechać; lub wracało się pieszo.
Miał Ksiądz od początku ostrą szkołę kapłaństwa.
Tak, to prawda, ale początki zawsze wspomina się dobrze. Po dwóch latach poszedłem do Ostrowa Wlkp., z tym że tak naprawdę w pobliskiej parafii w Biskupicach pełniłem funkcję proboszcza. Byłem tam 2 lata - bardzo życzliwi ludzie, uroczy drewniany kościół. Stamtąd poszedłem do Parafii św. Wojciecha w Poznaniu i spędziłem tam 7 lat.
Z małych miasteczek trafił Ksiądz do centrum Poznania.
Tak, to był zupełnie inny rodzaj pracy, zupełnie inna parafia. Po tych 7 latach, w 1980 roku, przeszedłem do Parafii Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, tutaj na Bohaterów II Wojny Światowej. To była nowo powstała parafia, i znów – nieporównywalna w stosunku do Parafii św. Wojciecha, która była raczej parafią ludzi starszych. A tu była parafia zdecydowanie młodsza i większa – miała 22 tys. parafian. Katechizowaliśmy prawie 5 tys. dzieci i młodzieży, w warunkach bardzo trudnych. Po 2 latach, kiedy stworzyła się taka możliwość, że można było uzyskać pozwolenie na budowę kościoła, zostałem skierowany do tworzenia parafii na os. Rusa i budowy kościoła. Zaczęło się bardzo trudno – najtrudniejsze było przeskoczenie tych wszystkich przeszkód administracyjnych. Był to 82 rok, wszystko zmierzało raczej ku utrudnianiu powstawania parafii i budowy kościołów, ale po roku udało się wyegzekwować pozwolenie na budowę kaplicy; może trwałoby to jeszcze dłużej, ale pomogła pielgrzymka Ojca Świętego do Poznania w końcu czerwca 1983 roku. Rozpoczęliśmy więc stawianie kaplicy w pierwszych dniach lipca; stanęła w tempie wręcz nieprawdopodobnym, bo w niecałe 3 miesiące. Potem zaczął się kolejny etap – budowa kościoła. Wszystko trzeba było z trudem zdobywać, nie wystarczyło mieć pieniądze. Trzeba było czasem wsiadać o 11 czy 12 w nocy w „malucha” i jechać do Gozdnicy – gdzie była duża cegielnia – aby być tam o 5- 6 rano, stanąć w kolejce i spróbować załatwić transport cegły.
Ksiądz żalił się kiedyś, że czuł się wówczas bardziej jak menadżer niż duszpasterz.
Tak, na duszpasterstwo było niewiele czasu, ale polegało ono też na tym, że wokół tej budowy jednoczył się tłum ludzi.
A teraz, kiedy budowa właściwie została zakończona, jakie widzi Ksiądz najważniejsze zadania?
Z tych materialnych wymieniłbym wystrój kościoła – brakuje nam witraży, marzy mi się poza tym, aby w kościele znalazły się figury św. Stanisława Kostki, patrona młodzieży i św. Antoniego, do którego przywiązani są ludzie starsi, ale chciałbym żeby było to zrobione porządnie, przez dobrego artystę. A w najbliższym czasie przygotowujemy się do poświęcenia kamienia upamiętniającego Ojca Św. Jana Pawła II. No i zaczynamy już wchodzić w czas remontów. A z kwestii duchowych – tych zawsze będzie wiele. Mam świadomość, że inny jest świat, zmienia się podejście do wielu rzeczy, także tych ze sfery duchowej. Trzeba więc też przyjąć inne metody pracy duszpasterskiej. Pojawiają się nowe możliwości, chociażby internet. Stawia się na spotkania i pracę w grupach. Mamy ich kilka, to są ludzie, którzy mają tworzyć zaczyn w parafii, ale trzeba też przyciągać nowych ludzi, otwierać się, bo tylko wtedy człowiek uczy się i konfrontuje to co wie i zrobił z innymi. Zresztą na tym polega ewangelizowanie. Każda ze wspólnot jest autentyczna na tyle, na ile jest wspólnotą świadectwa, ewangelizacji. Oczywiście dziś trudniej o gromadzenie ludzi przy kościele. Myślę, że ludzie kiedyś mieli mimo wszystko więcej czasu. Ale nigdy nie będzie takiej sytuacji, kiedy nie pojawiają się trudności i trzeba je po prostu pokonywać.
Sądzi Ksiądz, że mamy świadomość bycia wspólnotą parafialną? Jakie wrażenia ma Ksiądz chociażby po ostatniej kolędzie?
Chodziłem zarówno po tej starszej, jak i nowszej części osiedla. W tej starszej jest ta świadomość, ludzie identyfikują się z parafią, bo byli świadkami, uczestniczyli w jej budowie od początku, tu jest ich praca, pot, ofiary, oni to czują. Natomiast z tymi, którzy przyszli tu niedawno jest inaczej. Zaczyna nam się wkradać do Kościoła takie komercyjne podejście do wszystkiego – ludzie zaczynają parafię traktować jako miejsce usług – ochrzcimy dziecko, weźmiemy ślub – a to nie jest tak.
Ale czy nie sądzi Ksiądz, że Kościół z kolei jest dla nich zbyt wyabstrahowany z rzeczywistości, że za mało mówi o sprawach codziennych, bardzo konkretnych? Jak chociażby na niedawnym kazaniu Księdza o dawaniu jałmużny?
To jest dosyć trudna rzecz. Podejrzewam, że gdybym powiedział podobne kazanie na temat innej konkretnej rzeczy, to w którymś momencie by się ludzie zdenerwowali i powiedzieli: jestem dorosły i Ksiądz mnie nie będzie prowadził za rączkę, nikt mi nie będzie mówił, co ja mam robić. Dziś jest takie poczucie – podsycane przez środki masowego przekazu - że każdy z nas jest wolny, każdy z nas jest wystarczająco mądry, by samemu sterować życiem i samemu decydować o tym co dobre, a co złe, nie potrzeba już norm obiektywnych. Kościół powinien nam nieustannie przypominać, jaka jest wiara Kościoła i do czego zmierzamy. A ja do tego mam dostosować moją codzienność. Myślę, że trzeba by wrócić w Kościele do prawd dogmatycznych. Gdyby ludzi spytać, na czym polega np. dogmat nieomylności papieża, to mieliby kłopot, aby odpowiedzieć. Również w kwestii wiary postępuje analfabetyzm.
Czy ma Ksiądz jakąś postać, która jest Księdzu szczególnie bliska ze względu na sposób myślenia, jakiś autorytet, drogowskaz?
Zawsze taką postacią będzie mój patron, św. Jan Ewangelista. Im jestem starszy, tym paradoksalnie jest mi bliższy, mimo że był najmłodszym apostołem; bliski tym bardziej, że udało mi się zrealizować moje marzenie, aby się znaleźć na tych drogach, którymi on chodził, czyli w Ziemi Świętej, potem na wyspie Patmos, gdzie napisał Apokalipsę.
Słyszałam, ze Ksiądz dosyć dużo podróżuje?
Na ile to jest możliwe. Poznawanie innych ludzi, kultur, jest fascynujące i to nie tylko kultury europejskiej, śródziemnomorskiej. Niestety, teraz jestem ograniczony skutkami choroby i nie powinienem gwałtownie zmieniać klimatu.
Czy znajduje Ksiądz czas dla siebie, dla przyjaciół?
Spotykam się oczywiście z przyjaciółmi, bez tych spotkań człowiek staje się uboższy. M.in. wciąż raz do roku organizujemy zjazd koleżeński z kolegami z seminarium. Ale mój czas, to jest czas też dla mnie. Łączę dwie rzeczy – czytanie i muzykę. W większości to książki historyczne, szczególnie okres II wojny światowej. A muzyka raczej klasyczna, najlepsza dla wewnętrznego uspokojenia.
A na jakim instrumencie Ksiądz się uczył grać?
Głównie na trąbce, również na pianinie, na którym wciąż czasem grywam.
Niektórzy pamiętają, że kiedyś po kościele biegał kot proboszcza; jak to było?
Faktycznie, miałem dwa koty. Pierwszy, na samym początku istnienia parafii, miał odstraszać myszy. Drugiego ktoś znalazł na osiedlu i mi przyniósł, był jeszcze bardzo mały, ale bardzo żywy i trzeba go było oddać. Ale moim marzeniem jest pies, duży, typu owczarek; niestety, pies wymaga zbyt dużej uwagi, nie miałbym na to czasu.
Życzę jednak Księdzu Proboszczowi spełnienia tego i innych marzeń, i bardzo dziękuję za rozmowę.
© 2011 - 2019